Droga, w którą warto wyruszyć

Sobota-Niedziela, 22-23 sierpnia 2026, Nr 194 (8665) – Magazyn – STUDIA DLA AMBITNYCH

Kiedy stajesz przed uczelnią w ciepłe miesiące, odruchowo zadzierasz oczy ku niebu. Gdy nie ma ani jednej chmurki, nad kampusem kołują kolorowe motolotnie i awionetki wynoszące w górę szybowce. Maturzyści i ich rodzice przybyli złożyć dokumenty na studia i obejrzeć kampus, wysiadłszy z auta, z ciekawością śledzą ich lot. Ale studentka, która biegnie w obcasach na przystanek, nie zwraca już na nie uwagi, bo śpieszy się na praktyki w szpitalu albo do telewizji. Paczka chłopaków, którzy zostali w Toruniu na wakacyjnym stażu, też wie, że okoliczny Aeroklub Pomorski lubi tutaj latać. W porannej mgle złota korona sanktuarium majaczy tajemniczo.

– Lubię tutaj latać dronem podczas złotej godziny – opowiada Krystian Lachor, absolwent dziennikarstwa. Robi akurat nowe ujęcia do ramówki Telewizji Trwam. Krystian przez kilka lat był moim studentem. Teraz pracuje w telewizji. Jest także w zespole filmu fabularnego „Łowca dusz”, który powstaje w uczelnianej Pracowni Filmowej. – Wyjazdy na transmisje, reportaże albo dokumentacje filmowych lokacji są zaskakujące. Nigdy nie wiadomo, co się przytrafi. To niesamowite, za każdym razem ruszasz gdzieś indziej – dodaje. Przez lata studiów miał wiele okazji, aby otrzaskać się z aparatem i kamerą. Pierwsze etiudy studenckie także kręcił w okolicy. Przyroda wokół uczelni jest bardzo fotogeniczna.

Ktokolwiek przyjeżdża na pierwszy rok studiów albo jako pielgrzym lub turysta, potrzebuje chwili, aby opanować pierwsze wrażenie. Imponujący akademik, zaprojektowany na planie podkowy, otacza cię z trzech stron. Na tablicy zawieszonej w holu czytam, że został uhonorowany nagrodą w branżowym konkursie architektonicznym. Gmach kryty czerwoną dachówką widać już z trasy, a z bliska robi jeszcze większe wrażenie. Nieopodal starannie skoszone alejki Parku Pamięci.

Za kilka lat w trakcie letniej sesji egzaminacyjnej jego drzewa będą rzucać miły cień. Ania Dytko w czasie studiów chodziła tu na spacery. Teraz też wyszła, żeby się wyciszyć. We wrześniu ma obronę. – Już od studiów jestem operatorem kamery w telewizji. Wszyscy myślą, że to męski zawód. Ale kobieta z natury też potrafi „mieć oko”. W wolnym czasie „ogarniam” kanał internetowy toruńskich franciszkanów. Na studiach dużo uczyliśmy się o ewangelizacji przez media – akcentuje Ania.

Uczelnia tętni życiem

Idziemy dalej. Za akademikami – rozlane szeroko – wody Portu Drzewnego. Żartuję z panem ogrodnikiem, że jest tutaj jak „Nad pięknym modrym Dunajem” Johanna Straussa. Chociaż w tym roku poziom wody jest niski. I nie zawsze jest taki spokój jak teraz. Kiedy tu przyjeżdżasz w roku akademickim i zaturkoczesz w tej ciszy kółkami od walizki, nikt na ciebie dziwnie nie patrzy. Studenci przywykli, że uczelnia tętni życiem. Podczas sesji, mimo że pogoda nie rozpieszczała, nie było czasu poleniuchować. Studenci siadają po turecku na trawie albo na kocykach i wkuwają farmakologię i biofizykę. Albo prawo konstytucyjne. Wokół panuje twórcza atmosfera. Czasem się speszysz, bo zobaczysz kamerę. Spokojnie. Jeśli przed głównym wejściem student rozstawia statyw, to pewnie na auli trwa sympozjum i będzie z kimś ważnym nagrywał „setkę” do newsów.

Nie tylko jednak studia dzienne przyciągają. Studia niestacjonarne i podyplomowe ściągają z całej Polski ludzi w różnym wieku. Popularne są retoryka i wystąpienia przed kamerą oraz dziedzictwo myśli Jana Pawła II. Zresztą nie tylko one. Lista kierunków jest dużo szersza. Kolejne roczniki, które rekrutują się na studia, zastają tutaj inny widok. Cała ulica Starotoruńska – widać na ujęciach z drona – dynamicznie się rozwija. Chociaż nie utarła się taka nazwa, jest to już prawdziwe akademickie miasteczko. Tam, gdzie dawniej było wrzosowisko, teraz stoi Muzeum „Pamięć i Tożsamość”. Na łące, gdzie od czerwca do września kwitła dziewanna, teraz studenci mają profesjonalne boisko do piłki nożnej. W miejscu, gdzie wędkarze schodzili skarpą posiedzieć nad Wisłą, teraz stoi sanktuarium Matki Bożej Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II.

Uczniowie i mistrzowie

Czytelnia to obok sal wykładowych intelektualne serce uczelni. Labirynt regałów to jego układ krwionośny. Każda półka pulsuje jak osobna żyła. Dziennikarstwo, informatyka, politologia, prawo, pielęgniarstwo i medycyna. 56 tysięcy woluminów. Biblioteka zawiera publikacje związane z profilem uczelni. Ale jest również klasyka, literatura naukowa oraz popularnonaukowa. Widać, że czytelnia tętni życiem. Kiermasze, studenckie sesje fotograficzne promujące czytelnictwo, dni otwarte. Rzeczywiście, to wyjątkowe miejsce. Lubię tam zaglądać w roku akademickim nie tylko po to, aby poczytać, ale też po to, aby zerknąć przez uchylone drzwi na skupione sylwetki studentów. Jestem ciekawy ich ciekawości. Może szukają inspiracji do programu telewizyjnego? Może właśnie czytają coś, co przechyli kiedyś szalę procesu sądowego? Może poznają wiedzę, która wpłynie w przyszłości na przebieg operacji medycznej?

Jednym z pierwszych profesorów, którego osobiście poznałem, był śp. prof. Józef Szaniawski. Pamiętam jego zachrypnięty głos, szarą marynarkę i orzełka w klapie. Profesor lubił siadywać przy ostatnim stoliku, obok regału z prasą codzienną. Między zajęciami zawsze wertował dzienniki. Ostrożnie rozpościerał pachnące farbą drukarską szpalty. Profesorska kultura czytania. Stara szkoła. Profesor Szaniawski był historykiem i ostatnim więźniem PRL-u. Współpracował z płk. Kuklińskim. Oprowadzał studentów podczas wycieczek do Warszawy i opowiadał o Pomniku Katyńskim. Miał autorytet, a studenci lubili go za poczucie humoru. Któregoś dnia zapytał nas podchwytliwie, jaka cecha człowieka odpowiada za rozwój ludzkości. Nikt nie chciał zaliczyć wpadki, ale zgadywaliśmy: pracowitość, ambicja, kreatywność

– Nic z tych rzeczy – odpowiedział. – Za rozwój ludzkości odpowiada lenistwo. Czy wynaleziono by koło, gdyby człowiekowi chciało się chodzić piechotą? Albo czy wynaleziono by pilota od telewizora, gdyby ludziom chciało się wstawać z kanapy? No, na szczęście, ludzkość jest już wystarczająco rozwinięta. Tak że nie bądźcie za bardzo leniwi – powiedział.

Profesor Szaniawski zmarł 4 września 2012 roku. Kilka tygodni później startował kolejny rok akademicki. Niestety – bez niego. Wcześniej i później odchodziło jeszcze wielu profesorów. Profesor Aleksander Krzymiński – powstaniec warszawski, światowej sławy ekonomista. Profesor Henryk Kiereś – wybitny filozof szkoły lubelskiej, wykładał mistrzowską polszczyzną. Doktor Grzegorz Osiński – informatyk, fizyk i kognitywista. To on pierwszy opowiadał nam o transhumanizmie i sztucznej inteligencji. Przestrzegał przed oprogramowaniem inwigilującym i gigantami Big Techu. Profesor Jan Szyszko – niestrudzony demaskator kłamstw ideologii klimatystów. Nieodżałowanej pamięci Janusz Zakrzeński, mistrz kultury i słowa. Słuchanie ich było duchową ucztą.

Do dziś coroczną tradycją uczelni są pielgrzymki. Do Kalisza, Częstochowy, ale także do Rzymu. Od wielu lat organizuje je duszpasterz i kanclerz uczelni, o. Benedykt Cisoń CSsR. W jednej z nich uczestniczył prof. Kazimierz Tobolski – wybitny biolog i przyrodnik, światowej sławy znawca torfowisk. Jego marzeniem było zobaczyć Całun Turyński. Ale największe wzruszenie z jego udziałem przeżyłem na Via Appia Antica. Wszyscy poszli zwiedzać katakumby św. Kaliksta. Wtedy – nie zapomnę tego nigdy – w oceanie turystów ostrożnie przeciska się prof. Tobolski. Podnosi z ziemi małego robaczka. Chwyta go w dłoń i odkłada bezpiecznie na gałązkę krzewu. Miałem przed oczami „Pana od przyrody” z wiersza Herberta. Jego pokolenie cechowała nie tylko humanistyczna ciekawość świata, ale i bezbrzeżna miłość Boskiego stworzenia. Tej lekcji śp. prof. Tobolskiego nigdy nie zapomnę. Kilku z nich odeszło już do wieczności. Na szczęście ich duch pozostał. I unosi się na uczelnianych korytarzach do dziś.

Duchowa przystań

Zawsze ktoś tam jest. Bez słów. Bezszelestnie. Bez pośpiechu. Kaplica Zawierzenia. Tutaj czas się zatrzymuje. Na salach wykładowych profesorowie i studenci żywiołowo dyskutują o problemach naukowych i społecznych. Podczas obiadu albo kolacji mają chwilę, aby nabrać sił do kolejnych zajęć. Pożartować. Zamienić kilka słów. Jak u Mickiewicza – „nocne rodaków rozmowy”. Na korytarzu studenci zwykle dokądś się śpieszą. W kaplicy życie ich wszystkich nabiera innego wymiaru. Jedni zaglądają na moment, bo za chwilę kolejny wykład. Inni klękają na dłużej, bo właśnie skończyli pracę. Ale i kaplica ma swój własny rytm. Odmierzają go kolejne miesiące roku. Roraty i Gorzkie żale. Nabożeństwa majowe i czerwcowe. Rekolekcje wielkopostne i adwentowe. Msze Święte, Różaniec i Apel Jasnogórski. Przed ikoną Matki Bożej Jasnogórskiej wszyscy są uczniami. Do biblioteki studenci chodzą, żeby przeczytać zadaną literaturę. Na obligatoryjne wykłady, ćwiczenie i konwersatoria – aby zaliczyć przedmioty. Do kaplicy każdy przychodzi tylko i wyłącznie z wewnętrznej potrzeby. Nikt nikogo do tego nie zmusza. Duszpasterstwo akademickie jest jednak bardzo aktywne i żywe. Liturgiczna Służba Ołtarza, Róża Rożańcowa, Ruch Czystych Serc i Laboratorium Wiary – koło entuzjastów Pisma Świętego. Studenci mogą wybrać grupę modlitewną, w której dobrze się odnajdują. Ale są i tacy, którzy po prostu przychodzą na Apel Jasnogórski, bo pragną zakończyć dzień pracy krótką modlitwą. Jedno jest pewne – każdy przychodzi, aby nabrać duchowej siły i spojrzeć na swoją codzienność oczami wiary. Każdy przynosi tu inną historię. Ktoś wychował się bez rodzica. Jedni wzdychają, bo planują oświadczyny. Inni, bo brakuje im bratniej duszy. Nawet w wakacje, zawsze ktoś tutaj zagląda. Nie mam śmiałości nikogo zagadnąć. Tutaj redaktorem jest tylko Pan Bóg. Każdy ma w sercu swoje osobiste wykrzykniki i znaki zapytania. Każdy tutaj wie, że ostatecznie to Pan Bóg stawia kropkę nad „i”.

Absolwenci o wielu twarzach

Doprawdy trudno za nimi nadążyć. Po studiach wiatr rozrzuca ich na cztery strony świata. Kim teraz są? Wielu z nich widuję w telewizji. O innych słychać tu i tam. Zaglądam do mediów społecznościowych i dzwonię po starych znajomych. Prezenterzy telewizyjni, spikerzy serwisów newsowych i pogodowych. Dziennikarze mediów tradycyjnych i elektronicznych. Redaktorzy, publicyści prasowi, influencerzy. Na tym jeszcze nie koniec. Realizatorzy wizji i operatorzy kamer. Urzędnicy w państwowej i lokalnej administracji publicznej. Pytam dalej. Programiści stron internetowych i aplikacji, graficy komputerowi i animatorzy. Pielęgniarki i pielęgniarze w szpitalach, klinikach i przychodniach. Jeszcze nie lekarze – najstarsze roczniki idą teraz na IV rok. Większość pracuje w zawodzie, inni przekraczają kolejne granice marzeń. Żołnierze, aktorzy, kaskaderzy, dyrektorzy firm oraz instytucji kulturalnych. Obecni studenci nie zamierzają pozostać w tyle. Kiedy jeszcze w czerwcu zaczepiałem ich na korytarzu, planowali wakacyjne praktyki. Studenci prawa wybierali się do Sądu Najwyższego w Warszawie i Najwyższej Izby Kontroli w Bydgoszczy. Studenci Wydziału Lekarskiego gorączkowo wymieniali się dylematami – zostać na praktyki w Toruniu czy aplikować w rodzinnej miej-scowości? Możliwości nie brakuje.

– Po trzecim roku studiów lekarskich odbywamy obligatoryjne wakacyjne praktyki zawodowe. Tym razem z chorób wewnętrznych – zaznacza Ola Kunysz, która na studia przyjechała z odległego Łańcuta. Jednego jest pewna: kocha pomagać innym. – W lipcu odbywałam praktyki w Regionalnym Szpitalu Specjalistycznym im. dr. Władysława Biegańskiego w Grudziądzu – relacjonuje. – Czytałam kiedyś na forach studenckich żarty o studentach, którzy wspierają służbę zdrowia, podpierając ściany w szpitalach. Rzeczywistość jest jednak inna. Na praktykach nie ma ani żartów, ani nudy – dodaje.

Lekkość i swoboda komunikacji

Życiowe drogi absolwentów doprawdy potrafią zaskakiwać. Niektórzy pracują w wielkiej polityce, inni z dala od błysku fleszy, ratując ludzkie życie. Ale są też tacy, którzy tworzą lokalne środowiska. Do kogo zadzwonić? Jest środek tygodnia, pewnie wszyscy są w pracy. Wybrałem jednego z nich. Michał Matuszak, student dziennikarstwa w latach 2008-2013, od wielu lat tworzy animowane rysunki do piątkowego „Westerplatte młodych” w Telewizji Trwam, ale właśnie dowiaduję się o nim czegoś nowego. W zeszłym roku zaprojektował postać Gryzomira, oficjalną maskotkę Kruszwicy. Od kilku tygodni piastuje funkcję dyrektora w tamtejszym Centrum Kultury i Sportu „Ziemowit”. Zapytajmy go o początki, o to, co zawdzięcza szkole. – Przede wszystkim lekkość i swobodę komunikacji; łatwość nawiązywania kontaktów. Na studiach oswojono nas z kamerą i mikrofonem. Ówczesny duszpasterz o. Waldemar Gonczaruk CSsR kładł nacisk na etykietę oraz godne zachowywanie się w towarzystwie. Uwrażliwiał nas na obowiązujący savoir-vivre. Zapraszał też na warsztaty specjalistów, którzy odkrywali przed nam różne tajniki, na przykład poprawnej emisji głosu.

Jak trafił na toruńską uczelnię? – Po maturze dorabiałem sobie w Irlandii, a po powrocie bez celu snułem się po toruńskich kafejkach internetowych. Jedna z nich była koło Hotelu „Orzeł”. Znalazłem w internecie reklamę AKSiM. Wybrałem tę uczelnię. Moja babcia pękała z dumy. Potem na studia przyszła moja siostra. Dziś babcia Rozalia ma 94 lata i ma nadzieję, że jej prawnukowie też pójdą do AKSiM – opowiada z uśmiechem.

Z głową w chmurach

Kampus Akademii Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu pięknie wygląda o zachodzie słońca. Właśnie dlatego tam za lasem na studiach kręciliśmy „Zerwany kłos”. Światło jest miękkie, ale nadal silne. Wkrótce przyjdzie jesień. A z jesiennym wiatrem znikną motolotnie i szybowce. Spoglądam w górę – jeszcze tam są. W ich miejsce z czterech stron świata przyjadą studenci. I świeżo upieczeni maturzyści. Znów zaturkoczą kółeczka walizek na uczelnianym parkingu. Drogę na stołówkę już znacie. Na siłownię, do biblioteki i kaplicy też. O resztę dopytacie w recepcji i dziekanacie. Dalszą drogę – w którą warto wyruszyć – musicie przebyć sami.

Witold Ludwig